czwartek, 10 marca 2011

Dziady? Dziady!

Oglądam z szeroko zamkniętymi oczami nowy spektakl Teatru Śląskiego w Katowicach. Tak, Dziady Wieszcza Naszego Jedynego. I uszom nie wierzę - bogoojczyźniane frazesy skrzypią jak najęte. Martyrologia wylewa się wszelkimi otworami. Czemu takimi tekstami katujemy młodych ludzi - to powinny być fragmenty, krótkie egzegezy tego dramatu. Wtłaczamy im do głowy te majaki obłąkanego Gustawa / Konrada.
Znam wiele fragmentów na pamięć - mogłem dzisiaj część kwestii wygłaszać razem z aktorami. Młodzież była szczęśliwa - nie musieli siedzieć w szkole. Oni tego już nie rozumieją - poza nielicznymi wyjątkami. Bo tak naprawdę, to cóż tutaj rozumieć? Żeśmy wybrańcami Europy, żeśmy uciemiężeni i stłamszeni przez inne nacje.
No, bo jak mieć będziemy takich przywódców jak Konrad, który powinien najpierw iść na dobrą terapię, by sobie ze sobą przede wszystkim poradzić, to daleko nie zajdziemy.
Gdzie nasze polskie oświecenie? Gdzie ideały pracy, nauki?
Nie, my wolimy przewalać truchła, rzucać w siebie krzyżami, udawać samobójstwa, pielęgnować megalomanię, utwierdzać się w przekonaniu o naszej wyjątkowości.
A normalność? Tym gorzej dla niej...
I szkoda tylko, że reżyser jeszcze mocniej nie uwypuklił tego, że Dziady to my!

wtorek, 8 marca 2011

Dzień Kobiet

O tempora, o mores... I znowu mamy Dzień Kobiet, ciekawe, gdzie jeszcze są goździki i rajstopy, tudzież pończochy w prezencie. Pomyśleć, że od dwudziestu lat próbuje się zdezawuować to święto i nic z tego, trzyma się ono mocno. Próbowano nam wmówić, że to święto komunistyczne. A guzik, jest to święto tych wszystkich dam, które nie bały się podnieść głowy, gdy wszelkie -izmy próbowały te głowy zachować w ukłonie wobec silnych, władczych i ideologicznie utwierdzonych mężczyzn. Wcale nie powstało w ZSRR, ani w PRL, lecz w Kopenhadze w 1910 roku. I cóż z tego, że proklamowały je kobiety, które były zrzeszone w stowarzyszeniach socjalistycznych. Jeśli to komuś przeszkadza, to może równie dobrze zarzucić, że święta bożego narodzenia tak naprawdę mają rodowód pogański i na znak protestu ich nie obchodzić. Pokrętne? A dlaczego nie? Przecież wszystkie święta mają rodowód co najmniej dziwny, jeśli nie absurdalny.
Dzisiaj samczyzm trzyma się jeszcze mocno, zobaczcie, kto rządzi światem, ile kobiet jest we władzach, jak wielkie religie są wobec nich tolerancyjne i otwarte. Pusty śmiech ogarnie każdego, kto zobaczy tych wszystkich samców w szatach, sutannach, dżalabijach, oburzonych, skazujących, wyniesionych. Czy ktoś słyszał o założycielce wielkiej religii... Nie, bo one nie miały czasu na te gierki, były matkami, żonami, córkami. Czasem mężczyznami kierowały, czasem były przez nich karane.
To nie ma być laurka, jedynie stwierdzenie faktu, że kobiety mają jeszcze wiele do zrobienia w tym świecie, zaś nasz czas już minął, panowie. I im dłużej będziemy ukrywać głowę w piasku, tym smutniejszy będzie nasz koniec. Kobieta sobie bez mężczyzny poradzi, odwrotnie nigdy.
Nie jestem antysamczy, po prostu patrzę uczciwie na ten świat, nic więcej...

niedziela, 6 marca 2011

Alergia

Wieczór sobotni upłynął w nader wesołej, choć może nie wyszukanej atmosferze. Obejrzałem spektakl pt. "Andropauza" Jana Jakuba Należytego. Proste skecze o prostacie, wesołe (choć też refleksyjne) piosenki o przemijaniu. Świetni aktorzy: Maciej Damięcki, Dariusz Gnatowski, Ryszard Kotys, Jacek Kawalec oraz Michał Pietrzak wypadli całkiem śmiesznie i przekonująco. A do tego pieśń neapolitańska "Wróć do Sorento", słynna "Granada" oraz Chór Niewolników z "Nabucco" Verdiego.
Warto się pobawić.
http://www.youtube.com/watch?v=3DrZmDvCNCk
A tak a propos, to Dariusz Gnatowski, który świetnie grał swoją rolę, posługując się gwarą śląską, pochodzi z Rudy Śląskiej. Brawo!!!
A dzisiaj za chwilę mała wyprawa do Nysy, oby było po co...

piątek, 4 marca 2011

Dzisiaj piątek

Zleniłem się - cóż mam do tego prawo. Mógłbym napisać o cwaniactwie Dubienieckiego, ale czy gość ten wart jest mojego wysiłku? Nie! Mógłbym coś skrobnąć o podróży do Rzymu Prezesa ze świtą pociągiem (Orient Express?) - ale sobie dzisiaj nie poużywam. Mógłbym dodać coś o decyzji Małysza - ale nie będę komentował czegoś, co niechybnie nadchodziło wielkimi krokami i jest naturalną konsekwencją wyeksploatowania się organizmu w warunkach więcej niż ekstremalnych - i mamy 34-letniego emeryta.
Mogę pogderać na pogodę - gdzie ta wiosna, mogę się pochwalić udanym tygodniem, ale czy będę jedyny?
Tyle o tym, co bym mógł.
A co chcę? Tego, by przestali w końcu truć na około i dzisiaj dali mi odpocząć.

środa, 2 marca 2011

Miara

Opowiem pewną historię, która zdarzyła się naprawdę. Nie będę ujawniał personaliów, ani oceniał. Jeszcze w zamierzchłej, komunistycznej (?) przeszłości Polski, jakieś 30 lat temu, grupa przyjaciół zbierała się, by pojechać na długo wyczekiwaną wyprawę - planowali wyruszyć w daleką podróż: wtedy tak się wydawało. Z Katowic do Lewina Kłodzkiego. Przez cały rok zbierali fundusze (mieli po około 18-19 lat), robili zapasy papierosów (były wtedy na kartki, jak większość towarów na tzw. rynku), pożyczali namioty itp. W końcu wyjechali, podróż była długa, pociąg niósł ich w stronę Gór Stołowych, wlokąc się niemiłosiernie. Droga z Kłodzka do Lewina przeciągała się w nieskończoność. Ale w końcu dotarli...
Pole namiotowe zachwyciło ich, choć dzisiaj niekoniecznie chcielibyśmy złożyć się tam do odpoczynku, ale czego trzeba było więcej - byli młodzi, było słońce, niedaleko basen, mieli humory i zupełnie niedawno stali się wielbicielami już dawno przebrzmiałej kultury dzieci - kwiatów. W dzień wędrówki, basen, wyprawy do Kudowy (wtedy wydała się im ekskluzywnym miejscem, w którym wypoczywali bogaci i ustawieni). Wieczorami i nocami zabawy przy gitarze, ognisku i piwie. Był pewnie tylko jeden jego gatunek, ale jak smakowało. I mógłbym tak pisać w nieskończoność: bo poranna kanapki z tego, co udało się zdobyć w pobliskim geesie, bo smak mandarynki w płynie, od wielkiego dzwonu sztach carmenem, to wszystko pozostało do dzisiaj w mojej pamięci. Tyle lat temu, w tamtej szarej rzeczywistości rzeczy smakowały inaczej, chyba lepiej... Dlaczego?
Bo ich zdobycie często graniczyło z cudem (choć w te akurat nie wierzę), bo, choć od przybytku głowa nie boli, to warunki pozwalają docenić wartość tego, co się ma.
Rodzice często mówili mi wtedy, że winno się szanować to, co się ma, to, co zdobywamy z wysiłkiem, a nie to, co przychodzi nam z łatwością. Ale świadomość tego przychodzi z czasem. Wtedy wydawało mi się to dość abstrakcyjne, choć widziałem, ile mamę kosztują wysiłku i zachodu codzienne zakupy, nie mówiąc już o poważniejszych zakupach. Dzisiaj wiem, że warto się trochę wysilić, warto samemu upiec chleb, poczęstować kogoś samodzielnie zrobionym posiłkiem, otworzyć swoje myśli na innych, bo to wszystko czyni nas trochę ponad tym bagnem, gdzie forsa wszystko może...
Tak mnie naszło dzisiaj...

wtorek, 1 marca 2011

A teraz poezja.

Kilka lat temu popełniłem tłumaczenie jednego z najwspanialszych utworów Whitmana.
Oto ono. Proszę o wyrozumiałość.

O kapitanie, mój kapitanie!!

O kapitanie, mój kapitanie!! Nasza pełna lęku podróż dobiegła końca.

Okręt pokonał każdą nawałnicę, nagroda, na którą polowaliśmy, zdobyta,

Port już niedaleko, słyszę dzwony, ludzie wiwatują.

A oczy wiodą na kil, statek groźny i śmiały;

O serce! O serce! Serce!

O skrwawione kroplami czerwieni!

Tam gdzie na pokładzie Mój Kapitan leży

Zimny i martwy.



O kapitanie, mój kapitanie! Powstań i posłuchaj dzwonów;

Powstań – dla Ciebie wciągnięto flagę – dla Ciebie trąbka zagrała,

Dla Ciebie bukiety i ozdobne wieńce – dla Ciebie nabrzeże triumfujące,

Tobie wiwatuje ten rozkołysany tłum, ochocze twarze obracają się,

Słuchaj Kapitanie! Ukochany ojcze!

Moje ramię pod Twoją głową!

To ten sam sen, który śniłeś!

Ten właśnie sen z Twojego pokładu,

Na którym spocząłeś zimny i martwy.



Ale Mój Kapitan nie odpowiada, jego usta są blade i bezgłośne.

Mój ojciec nie czuje mojego ramienia, nie ma w nim życia i woli.

Okręt już zakotwiczył bezpiecznie i pewnie, podróż skończona i dokonana,

Z przerażającego rejsu zwycięski statek przybywa z nagrodą,

Wiwatuj tłumie i dzwony dzwońcie!

Lecz ja żałobnym krokiem

Przechadzał się będę po pokładzie,

Gdzie mój Kapitan leży zimny i martwy.


Pisanie hagiografii

Prezes PiS chwalił natomiast Radio Maryja, że w nim w debata publiczna jest nadal możliwa oraz, że jest na poziomie, ale to tylko wyjątek. Według Kaczyńskiego poziom debaty publicznej jest fatalny. - To poziom pyskówki, poziom którego nie jesteśmy w stanie dłużej tolerować. To jest skierowane przeciwko jednej sile, przeciwko Prawu i Sprawiedliwości - mówił w Radiu Maryja.(onet.pl)

I szczerze pisząc, nie powinienem już niczego dodawać. Ale spróbujmy przyjrzeć się tej wypowiedzi.
  1. To, że chwalił Radyjo mnie nie dziwi, przecież wkrótce wybory, a głos Rydzyjka nie jest do przecenienia dla Pana Prezesunia. 
  2. Debata publiczna w RM nadal jest możliwa, głosi JK, jeden z największych demagogów i człowiek przekonany o swej doniosłej, historycznej roli. Powinno się dawać na lekcjach teorii literatury ten przykład jako najbardziej wyrazisty oksymoron - DEBATA PUBLICZNA W RM.
  3. Radyjo jest na poziomie, pytanie tylko jakim poziomie. Morze Martwe też jest na poziomie - w końcu gdyby nie było na poziomie, to w ogóle by go nie było. Wypowiedz Pana Prezesa też jest na poziomie, na poziomie tym, co zawsze.
  4. Że Radio M jest wyjątkiem, chyba nikomu nie trzeba uświadamiać, ja bym raczej zastosował synonim: WYBRYK, WYNATURZENIE.
  5. Małe pytanie do PiSowców: dzięki komu debata zeszła do poziomu pyskówki... Pytanie retoryczne, Pan Prezes zna odpowiedź. A że jest ona daleka od prawdy, tym gorzej dla prawdy.
  6. Jest jeszcze coś o tolerowaniu... To może przywołajmy wypowiedzi świty Pana JK: Prezes może więcej, on przeżył tragedię. Co w takim razie powinni mówić krewni tych z busa, ludzie, którym zamordowano najbliższych, wszyscy (literalnie wszyscy) mają do tego prawo, jeśli Prezes je ma.
I znowu Gałczyński się Państwu kłania:
Hagiografia
Przeziębiony. Apolityczny.
Nabolały. Nostalgiczny.
Drepce w kółko. Zagląda.

Chciałby. Pragnąłby. Mógłby. Gdyby.
Wzrok przeciera. Patrzy przez szyby.
Biały Koń? Nie, śnieg pada.

Wszystko krzywe. Wszystko nie takie.
Na ziemi znaki. Na niebie znaki.
Przepraszam, a gdzie kometa?

Cipciuś z Londynu pisał przecie
w wielkim sekrecie o komecie.
Kometa. Ale nie ta.

Więc obrażony. Więc zatruty.
Wszędzie za późno. O dwie minuty.
O dwie minuty. We śnie.

Mieli przyjść szosą. Gdzie ta szosa?
Jak gdyby włos wyrywał z nosa,
uśmiecha się boleśnie.

Więc leżąc krzyżem, zadecydował.
Stanął na głowie. Spuchła mu głowa.
Żegnajcie, dzieci, żono!

I paszkwil rąbnął na pewna pralnie,
że w pralni było niekulturalnie
i że go znieważono.

A teraz co? Teraz się martwi.
A może klasztor? Może do partii?
Lecz tu czy tam - migrena.

Boczną uliczką, zaułkiem krętym
idzie pod wiatr ten polski święty
z fortepianem Szopena.