Wśród dzisiejszych wiadomości kilka przykuwa moją uwagę. Jedna budzi we mnie poczucie bezsilności. To sprawa Heny z Bangladeszu, czternastolatki oskarżonej przez starszyznę wioski i imama o cudzołóstwo. Jej matka mówi, że była nawet za mała na to, by wyjść za mąż, a co dopiero mówić o czymś tak chorym, jak cudzołóstwo.
Dziewczynka została zgwałcona prze swojego dużo starszego krewnego, gdy krzyczała i błagała o pomoc, żona tego zwyrodnialca pobiła ją i oskarżyła. "Mądrzy" starcy i przewodnik duchowy, czyli imam nałożyli na nią fatwę i skazali na 101 jeden razów biczem. Ubiczowana, Hena zmarła tydzień potem w szpitalu. Rodzice patrzyli na jej kaźń. Zmarła, bo nie miała prawa się bronić, bo chore religijne zasady już na samym początku dały przewagę jej oprawcom. Zawsze tak jest, gdy religia bierze górę nad rozsądkiem i zwykłymi, ludzkimi odruchami.
Trudno o tym pisać, gdy zdajemy sobie sprawę z naszej bezsilności, gdy nie możemy zrobić niczego poza wyrażeniem naszego oburzenia.
Rozglądam się wokół siebie i widzę ludzi, którym widzenie drugiego człowieka przesłaniają względy religii, gdy patrzy na niego jak na innowiercę, czyli kogoś, kto błądzi.
Kto dał nam prawo do osądzania innych według zasad ustanowionych przed 2000 lat. Czy te zasady są niezmienne tylko dlatego, że paru stetryczałych impotentów tak sobie ustaliło? Te pytania nie dają mi spokoju. Medycyna czyni postępy, technika ułatwia nam życie, a my jak gdyby nigdy nic wmawiamy sobie i innym, że to, iż kobieta nie chcę żyć ze zwyrodnialcem w "pobłogosławionym" związku stanowi o jakimś wyimaginowanym jej grzechu. Ludzie, którzy teoretycznie wyrzekli się seksu, chcą nas o tym seksie uczyć - to tak, jakby człowiek nigdy nie umiejący kierować samochodem założył szkołę jazdy i sam był w niej głównym instruktorem.
Po co nam przewodnicy duchowi kierujący się regułami niewiele mającymi wspólnego ze współczesnym światem. Ileż to istnień ludzkich przepadło, bo nauczono ich, że gorszą rzeczą jest seks z prezerwatywą niż wirus HIV. Jak długo jeszcze będzie się nam wmawiać, że dobro i sprawiedliwość są nierozerwalnie złączone z doktrynami religijnymi. Nie widzę powodu, by ludzie, którzy są o tym przekonani, wierzyli w to. Ale nie widzę również powodu, by zmuszali do swoich zasad tych, którzy w to nie wierzą.
W dzisiejszych doniesieniach z Libii nieśmiało przebija się wiadomość, że wśród rebeliantów - przeciwników Kadafiego jest wielu członków Al-Kaidy i Hezbollahu. Oby się wkrótce nie okazało, że "stryjek zamienił siekierkę na kijek". Ani Wam, ani sobie tego nie życzę.
Dobranoc.
Poglądy wyrażone w tym blogu są prywatnymi poglądami autora, który korzystając z wolności słowa chce dać wyraz swoim niepokojom i światopoglądowi.
środa, 30 marca 2011
niedziela, 27 marca 2011
Hypatia i tak dalej...
Nie wiem, choć to z mojej strony jedynie krygowanie się, dlaczego takie emocje wywołuje we mnie po raz kolejny obejrzany film Alejandra Amenabara "Agora".
Przecież tak niewiele wiemy o Hypatii, czytałem - chyba u Deschnera, tego współczesnego Woltera -że została zamordowana przez hordy fanatycznych chrześcijan w Aleksandrii w IV wieku. Tak, tak dzisiaj boimy się tego, że powiedzenie prawdy o fanatycznych wyznawcach Chrystusa nie jest poprawne politycznie, do woli o fanatyzm natomiast oskarżamy muzułmanów, judaistów czy wyznawców innych religii. Patrzę na to nieco z boku, mogąc określić siebie mianem człowieka postreligijnego. Z przerażeniem odkrywam, że fanatyzmu hydra nigdy nie umiera, tak jak bakcyl dżumy u Camusa. Bo tam, gdzie śpi rozum, budzą się upiory. Zawsze już będę nieufny wobec osób, które z uporem będą twierdziły, że posiadły jedyną rację, choć logicznie rzecz ujmując, musimy przyznać, że tych racji w takim razie są miliony. Boję się natarczywości neofitów, którzy z błyskiem w oczach każą mi wierzyć w coś, czemu przeczy rozum. Nigdy nie zdobędę się na zaufanie ideom ludzi, którzy przekonani o wyjątkowości swoich wierzeń, będą zamykali oczy na fakty, które im przeczą. Że co? Że są rzeczy na niebie itd? Ano są i jesteśmy tutaj, by próbować je wyjaśniać, parząc się i kalecząc miliony razy, a nie zamykać oczy i udawać, że życie jest tylko jakimś wybrykiem nieosiągalnej rozumowo istoty.
Fanatyzm różnych wyznawców doprowadza ten nasz świat do granic jakiegoś obłędu. Już nie będę dzisiaj rozważał problemu, że ludziom areligijnym wmawia się, że to oni winni udowadniać fakt nieistnienia tego czy tamtego bóstwa, demiurga czy jak go nazywają. Problem w założeniu nielogiczny, bo przecież racjonalnie patrząc, udowadnia się istnienie czegoś (np. praw fizycznych itp.) a nie ich niestnienie.
Świat nasz staje się z winy różnej maści zbawicieli, nawiedzonych kaznodziejów, pozbawionych samokrytycyzmu i ślepo ufających tzw. przewodnikom tłumów, światem nieludzkim. Światem, gdzie ktoś taki, jak przedstawiony w "Agorze" Cyryl staje się wzorem.
Wybaczcie, jeśli nie zaufam tym słowom, które ponoć mają w sobie jedyną prawdę:
11 Kobieta niechaj się uczy w cichości z całym poddaniem się. 12 Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też przewodzić nad mężem lecz [chcę, by] trwała w cichości. 13 Albowiem Adam został pierwszy ukształtowany, potem - Ewa. 14 I nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo.15 Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci; [będą zbawione wszystkie], jeśli wytrwają w wierze i miłości, i uświęceniu - z umiarem. (1 Tym 2, 11-15)
Przecież tak niewiele wiemy o Hypatii, czytałem - chyba u Deschnera, tego współczesnego Woltera -że została zamordowana przez hordy fanatycznych chrześcijan w Aleksandrii w IV wieku. Tak, tak dzisiaj boimy się tego, że powiedzenie prawdy o fanatycznych wyznawcach Chrystusa nie jest poprawne politycznie, do woli o fanatyzm natomiast oskarżamy muzułmanów, judaistów czy wyznawców innych religii. Patrzę na to nieco z boku, mogąc określić siebie mianem człowieka postreligijnego. Z przerażeniem odkrywam, że fanatyzmu hydra nigdy nie umiera, tak jak bakcyl dżumy u Camusa. Bo tam, gdzie śpi rozum, budzą się upiory. Zawsze już będę nieufny wobec osób, które z uporem będą twierdziły, że posiadły jedyną rację, choć logicznie rzecz ujmując, musimy przyznać, że tych racji w takim razie są miliony. Boję się natarczywości neofitów, którzy z błyskiem w oczach każą mi wierzyć w coś, czemu przeczy rozum. Nigdy nie zdobędę się na zaufanie ideom ludzi, którzy przekonani o wyjątkowości swoich wierzeń, będą zamykali oczy na fakty, które im przeczą. Że co? Że są rzeczy na niebie itd? Ano są i jesteśmy tutaj, by próbować je wyjaśniać, parząc się i kalecząc miliony razy, a nie zamykać oczy i udawać, że życie jest tylko jakimś wybrykiem nieosiągalnej rozumowo istoty.
Fanatyzm różnych wyznawców doprowadza ten nasz świat do granic jakiegoś obłędu. Już nie będę dzisiaj rozważał problemu, że ludziom areligijnym wmawia się, że to oni winni udowadniać fakt nieistnienia tego czy tamtego bóstwa, demiurga czy jak go nazywają. Problem w założeniu nielogiczny, bo przecież racjonalnie patrząc, udowadnia się istnienie czegoś (np. praw fizycznych itp.) a nie ich niestnienie.
Świat nasz staje się z winy różnej maści zbawicieli, nawiedzonych kaznodziejów, pozbawionych samokrytycyzmu i ślepo ufających tzw. przewodnikom tłumów, światem nieludzkim. Światem, gdzie ktoś taki, jak przedstawiony w "Agorze" Cyryl staje się wzorem.
Wybaczcie, jeśli nie zaufam tym słowom, które ponoć mają w sobie jedyną prawdę:
11 Kobieta niechaj się uczy w cichości z całym poddaniem się. 12 Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też przewodzić nad mężem lecz [chcę, by] trwała w cichości. 13 Albowiem Adam został pierwszy ukształtowany, potem - Ewa. 14 I nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo.15 Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci; [będą zbawione wszystkie], jeśli wytrwają w wierze i miłości, i uświęceniu - z umiarem. (1 Tym 2, 11-15)
Moimi nauczycielkami przez całe życie były kobiety, od nich (bez względu na ich wyznanie) oczekiwałem rozjaśniania moich wątpliwości i wskazywanie możliwych szlaków. Już to matka, już to moje nauczycielki, wielkie, współczesne Hypatie. I nie ufam gościowi, który tak pisze... Że był świętym. Proszę, nie na tym ma polegać wielkość człowieka, że jednym zdaniem skazuje więcej niż połowę ludzkości na los gorszy, niż ta część, do której ów 'nauczyciel" należy. Wiem, jestem dość osamotniony w moim widzeniu. Ale czy dlatego mam udawać, że myślę inaczej.
Nie obchodzi mnie, kto jest wyznawcą jakiej religii, w co wierzy, albo, że nie wierzy w ogóle. Dopóki nie mówi, że tylko on ma rację. Wtedy zaczynam mu nie ufać. Bo moja racja wcale nie musi być Twoją racją.
czwartek, 24 marca 2011
Moment nieważkości...
Gdy wieje wiatr historii, ludziom wielkim rosną skrzydła u ramion, a portki się trzęsą pętakom...
Napisał kiedyś (prawie tymi słowami) Gałczyński. I nie sposób temu zaprzeczyć...
Dlaczego boimy się rozmawiać na tematy kontrowersyjne, czy przerastają nas, czy zwyczajnie chcemy mieć święty spokój?
Czy uczenie konformizmu to główne zadanie dzisiejszej szkoły, a może ma ona burzyć stereotypy i zmieniać utarte szlaki?
Uczę rozumienia literatury, może złe sformułowanie, uczę a raczej pokazuję, jak za literaturę można się zabrać.
Trudno jest tego uczyć, gdy musi się bazować na lekturach wybranych przez zachowawczych postromantycznych i żądających zachwytu dla wieszczy badaczy literatury. Brakuje ożywczego powiewu współczesności. Co roku w naszym kraju, w Europie powstaje kilkaset pozycji, które są warte przeczytanie, które powinny być czytane, bo wnoszą nowe spojrzenie na kondycję człowieka i jego odniesienia do rzeczywistości. Ale, gdzież tam, musimy wałkować arcydzieła, upajać się patriotycznym bełkotem księdza Piotra z "Dziadów", wikłać w chore skojarzenia Krasińskiego, wysłuchiwać monologu wariatów. I nie o to przecież chodzi, by o nich zapomnieć, ale wystarczą przecież reprezentanci tych prądów, by poznać ich przesłanie. Wielkimi byli, zachwycają... Powiem coś obrazoburczego - jak na nauczyciela literatury - niewielu z nich mnie zachwyca, co najwyżej zaciekawia ich zwichrowane spojrzenie...
Że jestem panem od wierszyków, no i dobrze, ale wierszyki piszą też współcześni, powieści powstają co chwilę, czyta się je z dużo większymi wypiekami na twarzy, niż "Nad Niemnem" Orzeszkowej. Ta pani już spełniła swoją rolę, dajmy jej odpocząć. Zróbmy wyimki z jej tekstu, powiedzmy, o co jej chodziło...
Nie dręczmy młodych ludzi cierpiętnictwem romantycznym i postromantycznym, otwórzmy im oczy na bogactwo literatury im bliskiej, współczesnej.
Już słyszę ten chór ciotek zza Gombrowiczowskiego płotu... Chłopięta i dziewczęta chcą być nieświadome. Gu...zik prawda. Od nich często się dowiaduję o interesujących ich lekturach, fascynacjach czytelniczych. Mam udawać, że nie interesuje mnie to, bo oni winni zachwycać się truchłami poetów, którzy już dawno przebrzmiali. Nikt nie umniejsza ich roli, bo przecież jakąś rolę w historii literatury mieli, ale błagam, niech zrobią miejsce dla współczesnych. Bliżsi nam czasowo twórcy - a wiem, co piszę - tacy jak Kafka, Camus, Krall, Coelho, Marquez, wywołują naprawdę żywe i zaangażowane dyskusje.
Czemu chcemy odebrać to naszym uczniom?
Głos wołającego na puszczy jeszcze w tej kwestii wróci.
Napisał kiedyś (prawie tymi słowami) Gałczyński. I nie sposób temu zaprzeczyć...
Dlaczego boimy się rozmawiać na tematy kontrowersyjne, czy przerastają nas, czy zwyczajnie chcemy mieć święty spokój?
Czy uczenie konformizmu to główne zadanie dzisiejszej szkoły, a może ma ona burzyć stereotypy i zmieniać utarte szlaki?
Uczę rozumienia literatury, może złe sformułowanie, uczę a raczej pokazuję, jak za literaturę można się zabrać.
Trudno jest tego uczyć, gdy musi się bazować na lekturach wybranych przez zachowawczych postromantycznych i żądających zachwytu dla wieszczy badaczy literatury. Brakuje ożywczego powiewu współczesności. Co roku w naszym kraju, w Europie powstaje kilkaset pozycji, które są warte przeczytanie, które powinny być czytane, bo wnoszą nowe spojrzenie na kondycję człowieka i jego odniesienia do rzeczywistości. Ale, gdzież tam, musimy wałkować arcydzieła, upajać się patriotycznym bełkotem księdza Piotra z "Dziadów", wikłać w chore skojarzenia Krasińskiego, wysłuchiwać monologu wariatów. I nie o to przecież chodzi, by o nich zapomnieć, ale wystarczą przecież reprezentanci tych prądów, by poznać ich przesłanie. Wielkimi byli, zachwycają... Powiem coś obrazoburczego - jak na nauczyciela literatury - niewielu z nich mnie zachwyca, co najwyżej zaciekawia ich zwichrowane spojrzenie...
Że jestem panem od wierszyków, no i dobrze, ale wierszyki piszą też współcześni, powieści powstają co chwilę, czyta się je z dużo większymi wypiekami na twarzy, niż "Nad Niemnem" Orzeszkowej. Ta pani już spełniła swoją rolę, dajmy jej odpocząć. Zróbmy wyimki z jej tekstu, powiedzmy, o co jej chodziło...
Nie dręczmy młodych ludzi cierpiętnictwem romantycznym i postromantycznym, otwórzmy im oczy na bogactwo literatury im bliskiej, współczesnej.
Już słyszę ten chór ciotek zza Gombrowiczowskiego płotu... Chłopięta i dziewczęta chcą być nieświadome. Gu...zik prawda. Od nich często się dowiaduję o interesujących ich lekturach, fascynacjach czytelniczych. Mam udawać, że nie interesuje mnie to, bo oni winni zachwycać się truchłami poetów, którzy już dawno przebrzmiali. Nikt nie umniejsza ich roli, bo przecież jakąś rolę w historii literatury mieli, ale błagam, niech zrobią miejsce dla współczesnych. Bliżsi nam czasowo twórcy - a wiem, co piszę - tacy jak Kafka, Camus, Krall, Coelho, Marquez, wywołują naprawdę żywe i zaangażowane dyskusje.
Czemu chcemy odebrać to naszym uczniom?
Głos wołającego na puszczy jeszcze w tej kwestii wróci.
środa, 23 marca 2011
Zleniłem się ostatnio. Prawie tydzień bez postu na blogu. Pewnie jakimś wytłumaczeniem będzie ten post.
W niedzielę udałem się na krótką wyprawę do stolicy (albo jak kto woli stolycy). Dawno tam nie byłem, bo i dojazd do tego miasta jest cokolwiek uciążliwy (brak autostrady, rozwalające się PKP) i jakoś zwyczajnie nie tęskniłem.
Warszawa już na zawsze pozostanie w jakiś sposób w moim sercu, tam spędziłem 6 lat swojej burzliwej młodości, studiując, żeniąc się, rozwodząc i szukając. Tam do tej pory mieszkają ludzi, z którymi nadal się chętnie spotykam, którzy coś znaczą dla mnie.
Wyjechałem z niej 23 lata temu, wtedy upadał komunizm, nikt nie słyszał o jakichkolwiek dokonaniach braci Kaczyńskich, za wyjątkiem ich ról w filmie "O dwóch takich, co ukradli księżyc" (nota bene jak złowieszczo dzisiaj brzmi ten tytuł). Opuściłem Warszawę, ale Warszawa pozostała we mnie, w moich wspomnieniach i życiu.
Jak ją odebrałem teraz?
Jest inna, Stare Miasto bardziej chyba zaniedbane, Śródmieście bardziej nowoczesne. Wilanów jakiś taki bardziej świetlisty, Powązki tak samo zadumane. Odwiedziłem Muzeum Powstania Warszawskiego. Świetnie zorganizowane, mocno przemawiające do gości, ale.. No właśnie, warte odwiedzenia, choć nie do końca mówiące prawdę o powstaniu. Powstaniu, które tak naprawdę było samobójstwem młodych ludzi. Możemy powtórzyć fatalistycznie za Pigoniem: "Cóż, należymy do narodu, którego rolą jest strzelać do wroga z brylantów". To boli, że nie mówimy prawdy o tym, że powstanie warszawskie, przed którego uczestnikami chylę głowę w bardzo niskim pokłonie, było dopełnieniem agonii stolicy. Najcudowniejszym miejscem w jego wnętrzu jest Cafe Fogg (tak ją nazwałem, choć nie wiem, czy to jest oficjalna nazwa), gdzie jest przytulnie, normalnie i nieco zbyt drogo. Nie będę drążył tematu naszego męczennictwa narodowego, już wielu światłych ludzi wiele na ten temat w ten czy inny sposób powiedziało. Marzy mi się Polska, gdzie tak świetne muzeum będzie sławiło nasze osiągnięcia w budowaniu cywilizacji, a także nasze zwycięstwa (tych jednak jak na lekarstwo).
Miałem okazję odwiedzić również inne miejsce, o którym dość głośno w Polsce od listopada zeszłego roku. Centrum Nauki Kopernik. Ciekawe, choć jak dla mnie wystarczy około godziny, by się o tym przekonać.
Wczoraj, po powrocie wygodnym, punktualnym, czystym i w miarę szybkim pociągiem EIC Ondraszek, usłyszałem w telewizornii, że prezes odmawia prawa do wypowiadania się w kwestiach politycznych Adamowi Małyszowi, który tylko wyraził to, co tak naprawdę myślą trzeźwo oceniający rzeczywistość mieszkańcy tego kraju. Dzisiaj Małysz niepotrzebnie się tłumaczy, a prezes "wielkodusznie" zaprasza "głupiutkiego" i nieznającego się ma polityce sportowca do siebie na rozmowę (audiencję?). Adamie, nie idź tą drogą - że posłużę się retoryką pewnego klasyka. Po prostu, puść jego inwektywy mimo uszu, tym bardziej, że za nieświadomego dyletanta uważa Cię, chyba za radą złodzieja księżyca, pani Szydło i proponuje rozmowę uświadamiającą z samym Wielkim Jarem. Wyjaśnią Ci wtedy, że Polska jest tylko tu, gdzie jest prezes, że brat prezesa jest genialnym (jest, bo będzie żył wiecznie) politykiem, którego spuściznę należy otoczyć kultem i estymą. Zostaniesz, jak to mawiał Gombrowicz, zgwałcony przez uszy. I Jarek Kaczyński i krzyż pod pałacem Cię zachwycą i pojmiesz to, czego na razie nie pojmujesz. Bo Kaczyński wielki jest i zachwyca.
Justyno, dzięki za zdjęcia obrońców krzyża (zrobione 21 marca) - byłaś jak ten Wallenrod, podszywając się pod jednego z nich, weszłaś w ich tłum (20-25 osób) i odkryłaś składany krzyż mobilny.
Zobaczyłaś świadome obrończynie prawie leżące nomen omen krzyżem przed jakimś chłopem, który chciał udawać Skargę (?)
Naprawdę smutne wydarzenie dzisiejsze (tamte powyżej są groteskowe) to śmierć femme fatale światowego kina - Elizabeth Taylor. Dawno już niczego nie zagrała, ale dla mnie Kleopatra na zawsze będzie miała jej twarz.
czwartek, 17 marca 2011
Kiedy rozum śpi, budzi się Pani F.
Pani F., Pani F. cóżeś ty za pani, że za Tobą idą wszyscy sfrustrowani, niedoceniani, zakompleksiani.
Chciałoby się zaśpiewać - Sami Wiecie Komu - kobiecie, która wydaje z siebie dźwięki rzadko, ale niezwykle głośno i w jej mniemaniu inteligentnie.
Nie warto analizować tej Pani wynurzeń, wystarczy sobie przypomnieć, jak ośmieszała nas i nasz kraj podczas swego urzędowania. Wielu z nas oglądało jej wyczyny z zażenowaniem i absmakiem. Nie, nie twierdzę, że obecny minister spraw zagranicznych jest idealny. Jednak w zestawieniu z Panią F. każdy jest bardziej kompetentny i dyplomatyczny.
Niech naprawdę Pani ta robi porządki, lecz najlepiej we własnym domu, bo w ten sposób zawęzimy krąg potencjalnych jej "ofiar".
Pani F. wydaje się, że ton pseudo-mentorski, jaki stara się przyjmować podczas zwykłego ględzenia na tematy, na których zna się dość słabo, jest dla słuchaczy wiarygodny i pouczający. O, święta naiwności, o, błogosławiona impotencjo umysłowa.
Wróbelek jest mała ptaszyna,
wróbelek istotka niewielka,
on brzydką stonogę pochłania,
lecz nikt nie popiera wróbelka.
Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
że wróbelek jest druh nasz szczery?!
Kochajcie wróbelka, dziewczęta,
kochajcie, do jasnej cholery!
K.I.G.
Chciałoby się zaśpiewać - Sami Wiecie Komu - kobiecie, która wydaje z siebie dźwięki rzadko, ale niezwykle głośno i w jej mniemaniu inteligentnie.
Nie warto analizować tej Pani wynurzeń, wystarczy sobie przypomnieć, jak ośmieszała nas i nasz kraj podczas swego urzędowania. Wielu z nas oglądało jej wyczyny z zażenowaniem i absmakiem. Nie, nie twierdzę, że obecny minister spraw zagranicznych jest idealny. Jednak w zestawieniu z Panią F. każdy jest bardziej kompetentny i dyplomatyczny.
Niech naprawdę Pani ta robi porządki, lecz najlepiej we własnym domu, bo w ten sposób zawęzimy krąg potencjalnych jej "ofiar".
Pani F. wydaje się, że ton pseudo-mentorski, jaki stara się przyjmować podczas zwykłego ględzenia na tematy, na których zna się dość słabo, jest dla słuchaczy wiarygodny i pouczający. O, święta naiwności, o, błogosławiona impotencjo umysłowa.
Wróbelek jest mała ptaszyna,
wróbelek istotka niewielka,
on brzydką stonogę pochłania,
lecz nikt nie popiera wróbelka.
Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
że wróbelek jest druh nasz szczery?!
Kochajcie wróbelka, dziewczęta,
kochajcie, do jasnej cholery!
K.I.G.
środa, 16 marca 2011
Demagogia pierwszej wody
Pozwólcie, że na początek zacytują nius zamieszczony na portalu onet.pl
- Nie potrafię o tym nie powiedzieć. Chodzi o niszczenie i wrzucanie do śmietnika i niszczenie portretu pary prezydenckiej. Chciałem tu publicznie zadać pytanie Donaldowi Tuskowi. Mam nadzieję, ze odpowie w sposób merytoryczny - mówił prezes PiS.Naprawdę trzeba ogromnego braku dobrej woli, by niszczenie nagrobka na cmentarzu porównać ze sprzątaniem przed obiektem użyteczności publicznej, będącym jednocześnie zabytkiem. Nikt przecież nie wyrzucił na śmietnik tablicy poświęconej L. Kaczyńskiemu, ani nie zniszczył jego sarkofagu na Wawelu (inna sprawa czy powinien tam leżeć?), posprzątano jedynie miejsce, które nie jest przeznaczone na kult pisowski.
Prezes JK mówi o tym, by premier odpowiedział na to pytanie merytorycznie. Nie widzę logiki w takim postawieniu sprawy, przecież pytanie nie jest merytoryczne a demagogiczne.
W związku z tym dręczy mnie wątpliwość, może coś przegapiłem... Para prezydencka Kaczyńskich jest otoczona jakimś kultem, musimy im oddawać cześć? Czy Pan JK kompletnie stracił kontakt z ludźmi racjonalnie myślącymi, albo co gorsza w perfidny sposób wykorzystuje swoich zmarłych krewnych do małych i szemranych interesów politycznych.
Sądzę, że z tym panem i jego przybocznymi nie ma i nie będzie już nigdy żadnej dyskusji merytorycznej, oni mieszkają na jakimś rydzykowym księżycu i jego chorą atmosferę chcą narzucić innym. Zatęchła atmosfera pisowskiej planety, osmolona dymem z kadzideł rydzykowych katabasów i złowieszczych pochodni może zaszkodzić mojemu krajowi.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński wystąpił dziś na konferencji prasowej tej partii, na której politycy mieli odnieść się do wystąpienia w Sejmie szefa MSZ Radosława Sikorskiego. - Co powiedziałby Tusk, gdyby zdjęcie jego śp. matki i ojczyma wylądowało na śmietniku? - zapytał Kaczyński na początku spotkania.
Prezes PiS tłumaczył swoje słowa działaniem służb w Warszawie, które utrzymują porządek przed Pałacem Prezydenckim sprzątjąc pozostawione tam znicze i pamiątki związane z Lechem Kaczyńskim.- Nie potrafię o tym nie powiedzieć. Chodzi o niszczenie i wrzucanie do śmietnika i niszczenie portretu pary prezydenckiej. Chciałem tu publicznie zadać pytanie Donaldowi Tuskowi. Mam nadzieję, ze odpowie w sposób merytoryczny - mówił prezes PiS.Naprawdę trzeba ogromnego braku dobrej woli, by niszczenie nagrobka na cmentarzu porównać ze sprzątaniem przed obiektem użyteczności publicznej, będącym jednocześnie zabytkiem. Nikt przecież nie wyrzucił na śmietnik tablicy poświęconej L. Kaczyńskiemu, ani nie zniszczył jego sarkofagu na Wawelu (inna sprawa czy powinien tam leżeć?), posprzątano jedynie miejsce, które nie jest przeznaczone na kult pisowski.
Prezes JK mówi o tym, by premier odpowiedział na to pytanie merytorycznie. Nie widzę logiki w takim postawieniu sprawy, przecież pytanie nie jest merytoryczne a demagogiczne.
W związku z tym dręczy mnie wątpliwość, może coś przegapiłem... Para prezydencka Kaczyńskich jest otoczona jakimś kultem, musimy im oddawać cześć? Czy Pan JK kompletnie stracił kontakt z ludźmi racjonalnie myślącymi, albo co gorsza w perfidny sposób wykorzystuje swoich zmarłych krewnych do małych i szemranych interesów politycznych.
Sądzę, że z tym panem i jego przybocznymi nie ma i nie będzie już nigdy żadnej dyskusji merytorycznej, oni mieszkają na jakimś rydzykowym księżycu i jego chorą atmosferę chcą narzucić innym. Zatęchła atmosfera pisowskiej planety, osmolona dymem z kadzideł rydzykowych katabasów i złowieszczych pochodni może zaszkodzić mojemu krajowi.
wtorek, 15 marca 2011
Ekodewianci
Z coraz większym przerażeniem czytam różne wypowiedzi powstałe na kanwie tego, co dzieje się w japońskiej elektrowni jądrowej Fukushima. Nawet jakiś polityk z graniczącej z Polską Brandenburgii prosi nas, byśmy rozważyli celowość budowania w naszym kraju pierwszej elektrowni atomowej. Tak, jakby była jakaś alternatywa... Jego głos jest głosem nieco dziwnym w obliczu faktu, że sami Niemcy korzystają z energii nuklearnej. Może bym uwierzył w szczerość intencji, gdyby nasi zachodni sąsiedzi nie mieli takich źródeł energii i nie zamierzali ich rozbudowywać.
To, co się dzieje w Japonii może budzić obawy, każdy ma do nich prawo. Pamiętajmy jednak, że wielkie elektrownie na paliwa kopalne, miliony samochodów, ogromne liczby samolotów spalających hektolitry paliwa to jest dopiero hekatomba dla naszego środowiska naturalnego i dla naszego zdrowia.
Czy jest jakaś alternatywa dla czystej i bezpiecznej dla środowiska energii jądrowej? Do tej pory jej nie znaleziono. Czy zdajemy sobie sprawę, co się dzieje z glebą, roślinnością, ludźmi mieszkającymi w pobliżu elektrowni opalanych węglem i innymi świństwami? Czy to nam nie przeszkadza? Czy nie przeszkadza nam wydzielany przez te elektrownie dwutlenek węgla? Energia nuklearna jest obecnie najczystszą formą energii użytkowej.
Ekodewianci wprowadzają psychozę, specjaliści uspokajają. Kto ma rację? Boję się, że w tym sporze górę wezmą emocje i skrywane fobie i świat będzie rezygnował z energetyki jądrowej. Przez kolejne lata będziemy emitować różnego rodzaju gówna do atmosfery, bo ... No właśnie, co konkretnie energetyce jądrowej zarzucają ekoterroryści?
Ja nie chcę i nie potrafię tego zrozumieć. W Japonii był kataklizm, na Haiti też, tam nie było elektrowni atomowej a skażenie środowiska dzięki człowiekowi było dużo większe niż w Japonii.
To, co się dzieje w Japonii może budzić obawy, każdy ma do nich prawo. Pamiętajmy jednak, że wielkie elektrownie na paliwa kopalne, miliony samochodów, ogromne liczby samolotów spalających hektolitry paliwa to jest dopiero hekatomba dla naszego środowiska naturalnego i dla naszego zdrowia.
Czy jest jakaś alternatywa dla czystej i bezpiecznej dla środowiska energii jądrowej? Do tej pory jej nie znaleziono. Czy zdajemy sobie sprawę, co się dzieje z glebą, roślinnością, ludźmi mieszkającymi w pobliżu elektrowni opalanych węglem i innymi świństwami? Czy to nam nie przeszkadza? Czy nie przeszkadza nam wydzielany przez te elektrownie dwutlenek węgla? Energia nuklearna jest obecnie najczystszą formą energii użytkowej.
Ekodewianci wprowadzają psychozę, specjaliści uspokajają. Kto ma rację? Boję się, że w tym sporze górę wezmą emocje i skrywane fobie i świat będzie rezygnował z energetyki jądrowej. Przez kolejne lata będziemy emitować różnego rodzaju gówna do atmosfery, bo ... No właśnie, co konkretnie energetyce jądrowej zarzucają ekoterroryści?
Ja nie chcę i nie potrafię tego zrozumieć. W Japonii był kataklizm, na Haiti też, tam nie było elektrowni atomowej a skażenie środowiska dzięki człowiekowi było dużo większe niż w Japonii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

