Wreszcie obejrzałem "Klimakterium" Elżbiety Jodłowskiej. Teksty Wolskiego i Andrusa, muzyka to stare polskie szlagiery i nawet "Czerwony pas". Ubawiłem się setnie, warto było.
Aktorki perfekcyjne, zabawa przednia. Choć czasem Gogol pobrzmiewa, a może cały czas: "z siebie samych się śmiejecie".
Czym byłby świat bez teatru? Nie, nie myślę o teatrze tym codziennym, gdzie ktoś udaje traumę, albo nie udając jej, świetnie ją wprzęgł w swoje plany i działania, ktoś inny zaś jest zupełnie kimś innym, gdy tylko gasną kamery... "Life is a stage" - ale ja mimo wszystko wolę, gdy życie jest w teatrze niż gdy życie jest teatrem. Wszyscy udają, rząd, że rządzi, opozycja, że się buntuje przeciw rządowi, który udaje, że ten bunt widzi, społeczeństwo się buntuje przeciw złu i wybiera, udając, że dobrze, mniejsze zło. Drudzy udają, że robią coś dla innych i dlatego nie chcą startować w wyborach parlamentarnych, bo w Brukseli łatwiej udawać ambitnego polityka niż w Warszawie, a i za większe gaże. Wygłaszają monologi o potrzebie, misji i odpowiedzialności, cokolwiek by to dla nich znaczyło.
Z dwojga złego wolę klimakterium z humorem niż impotencję polityczną na poważnie.
Ave.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz